Wdzięczność, szczęście, radość, bezsilność, zmęczenie.
Te słowa były mi najbliższe w mijającym tygodniu. Choć nie jest to najbardziej wyjątkowy zestaw określeń podsumowujących moje dni, tym razem okoliczności były naprawdę nietuzinkowe – a to za sprawą spełnionego, małego marzenia.
Od momentu wylądowania na boliwijskiej ziemi marzyłem, by pewnego dnia stanąć na wierzchołku jednej z ośnieżonych andyjskich gór. Nie był to dla mnie priorytet, ale bez dwóch zdań – ciche pragnienie wewnętrznego włóczykija. Trudno mi opisać radość, jaka kryje się za tym, co wydarzyło się w minionych dniach.
Korzystając ze sprzyjających okoliczności trwającego drugiego tygodnia ferii zimowych w Boliwii, wraz z nieprzeciętną ekipą w ciągu trzech niezapomnianych dni udało się osiągnąć coś naprawdę wyjątkowego (jak dla mnie).
Urocza górka o wdzięcznej nazwie Huayna Potosí została zdobyta przez śmiechowiaka. Towarzyszyło mi wiele wątpliwości, przemieszanych z ogromną determinacją – wejście na wysokość ponad sześciu tysięcy metrów nad poziomem morza to nie lada wyzwanie.
Małe kroki, dobre towarzystwo i wiele sprzyjających okoliczności sprawiły, że w czwartkowy poranek dotarłem na szczyt tej górki. Mógłbym wiele pisać o tym, co tam się działo, ale oczy już mi się kleją – na razie więc podzielę się z Wami foto relacją.
Ponadto, w minionym tygodniu w naszym Aiquile miało miejsce ciekawe wydarzenie kulturalne – „międzykontynentalny” koncert muzyczny w wykonaniu kleryka Patricka z Konga, kleryka Szymona z Polski i boliwijskiego księdza Cupertino.
Poza tym, poza takimi niecodziennymi wydarzeniami, reszta toczy się swoim parafialnym rytmem.
Na koniec – tradycyjnie – dziękuję Wszystkim, którzy mi towarzyszycie.
Pamiętam o Was w modlitwie i towarzyszę z serca, jak tylko potrafię – pomimo wszelkich moich ograniczeń.
+